środa, 22 czerwca 2016

czemu nie spełniasz podróżniczych marzeń?

Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ludzie nie spełniają swoich marzeń. Rozmawiam z ludźmi codziennie i pytam, gdzie chcieliby pojechać. Większość ludzi zaczyna oczywiście od dalekich podróży i tu doskonale rozumiem dlaczego może to być problemem. Ale potem przechodzą do miejsc oddalonych o maksymalnie 2-3 godziny samolotem. I tu zaczyna się moje niezrozumienie. Więc pytam, czemu tego po prostu nie zrobisz. Nie masz pieniędzy? Leć tanimi liniami lotniczymi. Nie masz lotniska? Jedź tanim autobusem do najbliższego. Jeśli zorganizujesz sobie wakacje z dużym wyprzedzeniem, bilety nie będą Cię kosztować fortunę, a nawet miejsce w hostelu się znajdzie. Nie masz czasu? Celuj w wolne dni (ale znowu z dużym wyprzedzeniem), tak żebyś nie musiał brać wielu dni wolnego. W większości firm oferują przecież ponad 20 godzin wolnego, zaplanuj, porozmawiaj z szefem, wynegocjuj dwa dni wolnego chociażby. Nie masz z kim jechać? A po co Ci tak naprawdę ludzie? Żeby nie czuć się samotnym? Zawsze można kogoś spotkać, do kogoś zagadać, a w podróżowaniu samemu jest naprawdę bardzo wiele zalet.
Do napisania tego postu zainspirowałam się sama. Od kilku lat przebąkiwałam o Rzymie. Kiedy moi znajomi mówili, że byli, że jadą, oczy same mi się zapalały, chyba bardziej z zazdrości niż z zainteresowania. Kiedy na facebooku ktoś wklejał zdjęcia z Rzymu byłam pierwsza do przeglądania. Film "Zakochani w Rzymie" widziałam kilka razy marząc, że to ja będę chodziła kiedyś tymi uliczkami. Ba, nawet miałam tapetę na komputerze ze zdjęciami z Rzymu! Ale jakoś nigdy nam nie było po drodze. Z powodów wymienionych wyżej. Aż pewnego dnia, a był to poniedziałek, powiedziałam po włosku: Basta! . Wpisałam w google: Dni wolne od pracy Czechy i znalazłam czwartek, w listopadzie, posprawdzałam bilety i już 10 minut poźniej dostałam maila potwierdzającego zakup. Tego same dnia znalazłam miejsce w pensjonacie blisko centrum.
Tanie podróżowanie wymaga samodyscypliny, organizacji i szybkiego myślenia. Elastyczność też jest przydatna, gdyż tanie linie mają w zwyczaju posyłać samoloty tylko w niewygodnych godzinach, i tylko poza weekendem. Ale da się, naprawdę. I serdecznie polecam!

piątek, 17 czerwca 2016

nie bój się zmian!

Każdego dnia uczę się, że nie warto robić planów. Może w innych zawodach, w innych sposobach na życie, u innych osób, życie jest bardziej przewidywalne, ale ja ciągle jestem zaskakiwana nieoczekiwaną zmianą planów. I im cześciej te zmiany się pojawiają, im więcej razy przyszło mi zmierzyć się z tymi zmianami, tym lepiej uczę się z nimi radzić.
Moim planem na lato było 8 tygodni w Dublinie, potem tydzień podróżowania i powrót do Pragi. Dzisiaj otrzymała maila, że są w stanie zatrudnić mnie tylko na 5 tygodni. Nie jest to pierwszy raz, kiedy tak się przydało, ot taka natura letnich obozów językowych. Ale doskonale pamiętam, kiedy taka sama sytuacja miała miejsce 4 lata temu. Wtedy byłam wściekła, wysyłałam oburzone maile, szukałam nowej pracy na sierpień. Dzisiejszy mail zastał zupełnie inną reakcję. Gdzieś tam w duszy ucieszyłam się, że będę miała więcej czasu za zwiedzenie Irlandii, o której przecież marzyłam latami. Będę miała czas na odwiedzenie rodziny Dave'a i zwiedzenie z nimi miejsc w Anglii, o których rozmawialiśmy w zimę. Będę miała okazję spotkać się z moja koleżanką, którą poznałam w Brazylii, która jest dla mnie wielką nauczycielską inspiracją.
Nieoczekiwane zmiany zawsze będą się zdarzały. Skupmy się jednak na pozytywach, starajmy się znaleźć dobre rozwiązania i to, czego tak naprawdę chcemy. Bo czy to co zaplanowałeś było napewno tym, co tak naprawdę chciałeś? W moim przypadku okazało się, że jednak ta nieoczekiwana i niechciana z początku zmiana okazała się tym, co chciałam od samego początku.

piątek, 27 maja 2016

czeskie związki (a przynajmniej niektóre)

Zaniedbałam bloga, wiem i przepraszam. Strasznie dużo pracuję i podróżuję, więc jakoś nie ma czasu ani ochoty, żeby pisać. Dzisiaj znowu będzie post o Czechach. Jak zwykle jest on bardzo subiektywny i oparty na moich rozmowach zarówno z Czechami, jak i z obcokrajowcami mieszkającymi tutaj. Dzisiaj będzie o związkach. Ten post został zainspirowany przez rozmowę z moim uczniem, Włochem, który ma już kolejną czeską dziewczynę.
Być może z powodu ich ateizmu, Czesi nie traktują związków jak świętości. Rozwody są dość popularne, choć małżeństwa również. Kobiety nadal traktowane są jak maszyny do sprzątania, gotowania i wychowywania dzieci. Co mnie zaskoczyło jednak to to, że pary spędzają bardzo dużo czasu osobno. Chłopaki chodzą do baru z chłopakami kilka razy w tygodniu, dziewczyny chodzą z dziewczynami trochę rzadziej. Wakacje czy weekendy często spędzają osobno, wybierając swoich znajomych ponad swoich partnerów. Być może działa to inaczej gdy są dzieci, szczególnie małe. Nikola również wspomniał, że spanie poza domem przez 3 dni nie jest problemem dopóki powiesz gdzie jesteś i że jesteś bezpieczny.
Tak jak mówię, nie jest mój post wyznacznikiem czeskich związków. Piszę o czym słyszałam, czego doświadczyłam i to nie od wszystkich.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Co z tą Polską?

Ciągle pytam siebie, ciągle pytam moich znajomych, którzy już się poddali lub którzy jeszcze trwają. Jak możemy cofać się w rozwoju, kiedy cała Europa prze do przodu? Jak możemy tak bardzo nienawidzić Rosjan, a coraz bardziej się do nich zbliżać?
Polska jest krajem przepełnionym nienawiścią, rasizmem i stereotypami. To co ludzie wypisują w internecie na teat imigrantów aż nie mieści się w głowie. Ale polska nienawiść nie dotyczy tylko obcokrajowców, ludziach z innych kultur czy rasy. My siebie wzajemnie też tak naprawdę nie lubimy, ale się do tego nie przyznajemy. Bo jak nazwać to, że każdy wie najlepiej co powinnaś zrobić ze swoim życiem? Jak nazwać to, że kiedy osiągnęłaś sukces, ludzie od razu doszukują się oszustwa, znajomości lub zwykłego farta? Jak nazwać to, że każdy ocenia cię według siebie zamiast próbować zrozumieć twoje zachowanie? Dlaczego w Polsce bycie pewnym siebie jest praktycznie jednocznaczne z byciem aroganckim?

Polsko, skąd w Tobie tyle zawiści? Dokąd zmierzasz, dokąd idziesz, czego chcesz?

sobota, 6 lutego 2016

nauczyciele w Pradze

Praca w Pradze otworzyła mi oczy na sprawy, o których nie miałam pojęcia. Gdzieś mi to zawsze przemykało, niby coś tam słyszałam, ale nigdy nie o tak wielu przypadkach.
Zarówno ja jak i mój chłopak, a także wszyscy moi znajomi, traktujemy naszą pracę bardzo poważnie. Nie chodzimy do barów w ciągu tygodnia, chodzimy spać dość wcześnie, jeśli mamy zajęcia rano, przychodzimy na lekcje przygotowani i na czas. Nic niezwykłego, prawda? A jednak okazuje się, że bardzo. Moi uczniowie mówią mi, że ja jestem ich kilkunastą nauczycielką w tym roku szkolnym. Nauczyciele wprost odmawiają zajęć rano, bo mówią, że i tak przegapiliby połowę, bo nie daliby rano wstać (albo ich nie odmawiają i rzeczywiście nie przychodzą). Żaden z moich uczniów nie posiada książki, z wszystkimi poprzednimi po prostu rozmawiali i chcą tego samego, ale woleliby żeby jednak ktoś poprawiał im błędy. Słyszę historie o nauczycielach przychodzących na lekcje na kacu, śmierdzących wódką, wyglądających jakby nie brali prysznica od kilku dni. Dzieci w klasie nie znają kompletnie żadnych zasad, ani podstawowego języka. A jednym z akceptowalnych powodów odwołania lekcji jest zbyt mocny kac.
A może to ja po prostu biorę swoją pracę zbyt poważnie? Może to że przychodzę przed czasem jest nieprofesjonalne? Kiedy odmawiam nowych uczniów mówiąc, że mam już 35 godzin tygodniowo i nie uważam, że jestem w stanie dać z siebie wszystko, moi koordynatorzy patrzą na mnie niezrozumiałym wzrokiem. Ale po co masz dawać z siebie wszystko? Bądź, mów po angielsku, uśmiechaj się. A na koniec miesiąca wystaw rachunek.

piątek, 29 stycznia 2016

pierwszy wpis z Pragi

Gdzieś pomiędzy szukaniem pracy, robieniem zdjęć, zwiedzaniem, przeprowadzką, planowaniem grafiku, chodzeniem na siłownię, cieszeniem się miłością, zapomniałam napisać na blogu. Zatem czas nadrobić zaległości.
Dzisiaj o małych drobnostkach, które zauważam dopiero po powrocie z Brazylii, a które zawsze były dla mnie niezauważalne. Cieszy mnie, że mam ciepłą wodę w pralce i pranie wyjmuję czyste i pachnące. Cieszy mnie, że samochody przepuszczają mnie na pasach. Cieszy mnie, że autobusy i tramwaje mówią mi na jakim jestem przystanku, a na przystanku mogę sobie sprawdzić nazwy przystanków i czas podróży. Cieszy mnie brak mrówek w mieszkaniu, nawet jeśli zostawię brudne naczynia na noc. Cieszy mnie, że wszystko da się załatwić, wizyty w banku nie zajmują pół dnia, urzędy działają logicznie, ludzie są mili i profesjonalni. Cieszy mnie, że w końcu będę miała ubezpieczenie zdrowotne i lekarzy mówiących po angielsku. Cieszy mnie, że tak wielu ludzi mówi po angielsku, że ludzie chcą się tego języka uczyć, chcą w nim mówić. Cieszę się, że codziennie muszę sprawdzać prognozę pogody, że każdego dnia mogę ubrać zupełnie inne rzeczy i zawsze wyglądać inaczej.
Poza tymi wszystkimi drobnostkami, które są przecież spotykane w całej Europie, Praga jest przepiękna. Mam aparat wypełniony zdjęciami, głowę pełną inspiracji i mnóstwo miejsc do zwiedzenia. Chyba zostanę tu na dłużej.

czwartek, 7 stycznia 2016

Anglia

Anglia zawsze miała specjalne miejsce w moim sercu. Wszystko jest w nim na opak i to mi dziwnie odpowiada. To kraj, w którym jeździ się po lewej stronie, ale kierownicę ma się po prawej. Kraj, w którym je się herbatę, a pije się ją kilkanaście razy dziennie i do tego z mlekiem. Kraj, którego ludzie są uważani za mądrych przez to, w jaki sposób mówią, a który ma jedne z najgłupszych programów w telewizji. Kraj, w którym ludzie są mili, uprzejmi i cywilizowani w ciagu dnia, a w weekendowe wieczory wychodzą z nich zwierzęta. Kraj, w którym nie trudno o uśmiech, ale na ten szczery i prawdziwy trzeba sobie zasłużyć. Kraj, w którym spotyka się wiele kultur i cywilizacji, które jednak wolą pozostać we własnym towarzystwie tworząc enklawy. Kraj, w którym pada codziennie, a mimo to rozmawia się o pogodzie jakby była czymś zaskakującym. kraj, w którym je się ziemniaki na śniadanie, a kanapki na lunch.
I może właśnie dzięki tym dziwactwom jest mi w Anglii tak dobrze.

sobota, 12 grudnia 2015

trzeźwym okiem

Ostatnio wszystko co napisałam o Brazylii było negatywne. Wtedy tak czułam, potraktowałam bloga jako wentyl. Teraz został mi tydzień w Brazylii i nie mogę przestać rozważać swoich odczuć.
Trzeba koniecznie powiedzieć, że mój czas w Brazylii byłby zupełnie inny gdybym miała go z kimś dzielić. Gdybym pracowała z innymi cudzoziemcami miałabym z kim wychodzić. Gdybym była tu z chłopakiem, co weekend zwiedzałabym lub chodziłabym na plaże. Gdybym umiała mówić po portugalsku, mogłabym dołączyć do znajomych znajomych.
Tak naprawdę Brazylia to przepiękny kraj. Naturalne cuda, ciekawe budynki, duch latynoski połączony z portugalską architekturą. Trzeba tu przyjechać z pustym umysłem, niczego się nie spodziewać i pozwolić temu krajowi się porwać. trzeba wyzbyć się swoich uprzedzeń, trzeba przestać oceniać i się po prostu wyluzować. Ja nie potrafiłam, ale to nie znaczy, że się nie da. Naprawdę, polecam odwiedzić. 

czwartek, 3 grudnia 2015

powierzchowność

Dzisiaj będzie bardzo kontrowersyjnie. Nie będzie owijania w bawełnę, nie będzie upiększania rzeczywistości. Będzie bardzo subiektywnie i będą to odczucia kilku gringosów, którzy mieli okazję mieszkać w Brazylii i poznać Brazylijczyków. Nie ma tu opinii innych Brazylijczyków i nie twierdzę, że 100% populacji brazylijskiej tacy są. Jedynie wszyscy, których spotkałam ja i moi znajomi.

Brazylijczycy są we wszystkim bardzo powierzchowni. Kult ciała, kult selfie (zawsze z szerokimi uśmiechami niezależnie od nastroju, zawsze w pozycji idealnie podkreślającej wdzięki i ukrywające usterki), kult chwalenia się swoim życiem. Związki, w których będąc z kimś mówisz jak bardzo ją/go kochasz i jak bardzo jest wyjątkowy, aby potem przespać się z kimś innym, albo otwarcie poprosić o otwarty związek, bo zobowiązanie się nie jest dla ciebie. Pogoń za rodziną i dziećmi, nieważne z kim, byleby mieć męża, który dobrze wychodzi na zdjęciach. Siedzenie w pracy po kilka godzin dziennie, wisząc na telefonie lub siedząc na spotkaniach, które ciągną się w nieskończoność, a które nic tak naprawdę nie wnoszą. Szkoły, które kładą większy nacisk na to, co widzą rodzice niż na faktyczną edukację. Ludzie, którzy obiecują spotkania, wydarzenia i wyjścia, ale nigdy nie piszą albo nawet nie przychodzą na umówione spotkania. 'Przyjaciele', którzy chcą spędzać z tobą czas tylko kiedy masz dobry humor i tylko kiedy nie mają innych, lepszych planów. Ludzie, którzy uśmiechają się do ciebie i są niesamowicie mili, żeby potem obgadać cię za twoimi plecami. Rodziny, które z miłości nie pozwalają ci spełniać twoich marzeń i próbują kontrolować twoje życie.

Tak, wiem, że to ostre słowa. Nie, nie uważam, że przesadzam.

środa, 25 listopada 2015

Życie po napadzie

Po ostatnim poście i wpisach na facebooku otrzymałam bardzo wiele wiadomości. Każdy pyta, jak to się stało, gdzie, co przepadło. Dziękuję za wsparcie. Ale większość reakcji mnie zaskoczyła i o tym dzisiaj.
Osoby, które znają miejsce, gdzie to się stało mówią albo 'A nie mówiłem?' lub 'No oczywiście, że to się tam stało, wiadomo, że tak niebezpiecznie, po co tam szłaś?'. Oczywiście, zgadzam się, że miejsce nie było najbezpieczniejsze, ale jaką mam alternatywę? Siedzieć cały dzień w domu?
Inni ludzie pytają, czy coś się już rozwiązało, czy odzyskałam którąś z rzeczy. Wtedy nie mogę opanować śmiechu. Wszyscy doskonale wiedzą, gdzie te rzeczy są lub były, bo są sprzedawane na tym samym targu, gdzie zostałam napadnięta. Policja również wie. I wszyscy wiedzą, że nawet jakbym podała im dokładny adres, pod którym znajduje się mój telefon to nadal nie zwrócono by mi go. Taka jest rzeczywistość w Brazylii. Policjanci nie przejmują się takimi drobnymi przestępstwami jak napad z bronią w ręku jeśli nie ma ofiar.
Reakcja moich uczniów była jednak najbardziej szokująca. Dla nich historie o napadach z bronią w ręku to codzienność. Nikt się nie przejmuje. W zamian za moją historię, opowiadają mi o napadach, które przydarzyły się ich rodzinom i znajomym. To są dzieciaki, młoda młodzież, a opowiadają mi o nich z uśmiechem na twarzy i ze wzruszeniem ramion. Mówię, że zawsze wychodząc z domu mają zapasowy telefon i dodatkowe pieniądze. Jeden uczeń powiedział mojej koleżance, że powinna uciec i zostawić mnie, wtedy przecież nic by jej nie ukradli.

Tacy młodzi ludzie, a mają już w sobie tyle cynizmu, zobojętnienia i braku wrażliwości. Cieszę się, że się wychowałam w Polsce i że wyjeżdżam z tego kraju. Naprawdę.

sobota, 14 listopada 2015

napad

Opuszczone fabryki, targ z używanymi telefonami, rzeką ściekami płynąca. A pośrodku terminal autobusów. Ludzie ubrani w najtańsze ubrania, a pomiędzy nimi bezdomni. Ludzie obserwujący każdy twój krok, mierzący wzrokiem wielkość twojego portfela, próbujący odgadnąć zawartość twojej torebki. Byłam tam kilkanaście razy i nigdy nic się nie stało. Aż do dzisiaj.
Pochłonięta rozmową i szukaniem drogi, zostałyśmy totalnie zaskoczone, kiedy dwoje mężczyzn rzuciło się na nas żądając naszych toreb. Kiedy poczułam, że ktoś ciągnie moją torbę, odruchowo próbowałam mu ją wyrwać, krzycząc w głos. Wtedy zobaczyłam nóż. Spojrzałam na koleżankę, która już pozbyła się swojej torby i przypomniały mi się ostrzeżenia, żeby oddawać wszystko bez dyskusji. Puściłam. Napastnicy uciekli. Ludzie siedzieli tak jak siedzieli, stracili zainteresowanie już w 5 sekund po ataku. W głowie pałętają się myśli, co było w torbie. Telefon, aparat, pieniądze. Karty do bankomatów. Klucze. Mózg przestawiony na tryb awaryjny. Jak dostać się do domu. Jak skontaktować się z szefem. Jak wejść do mieszkania. Niedowierzanie. Trzęsące się ciało i ścisk w żołądku. Ochroniarz. "Przepraszam, zostałyśmy zaatakowane, wszystko zostało skradzione". "Paszporty macie?", "Tak, na szczęście zostały w domu". W końcu pan dzwoni na policję. Przekonuje, żeby podjechali. Że wprawdzie cudzoziemki, ale mówią po portugalsku, a przynajmniej rozumieją. No chodźcie, paszporty im ukradli, to ważne. Podjeżdża radiowóz, w środku trzech policjantów, kilka pistoletów. Jedziemy po okolicy szukając napastników. Panowie wysadzają nas na terminalu i załatwiają z kierowcą, żeby wpuścił nas bez biletu. Przy pożegnaniu mówią, że mamy pójść tu i tam i złożyć raport.
Jestem w domu, cała i zdrowa. Przerażona. Gdybym mogła, już jutro byłabym w samolocie.

piątek, 6 listopada 2015

jesienna depresja?

Taki teraz dziwny czas. Bo zostało 6 tygodni w Brazylii. Nie cieszę się na wyjazd, a powrót do Europy napawa mnie lękiem. Nie czuję się panią własnego losu, a strach przed tym, co będzie nie pozwala mi spać. Bo pierwszy raz w życiu kieruję się sercem, a nie rozumem. Pierwszy raz w życiu robię coś w niezgodzie ze sobą. Zamiast jechać gdzieś, gdzie mam pewną pracę i mieszkanie, jadę do Pragi, gdzie mogę nie mieć pracy, gdzie będę mieszkała "na garnuszku' u chłopaka i gdzie frustracja może przewyższasz zachwyt i podziw. I choć będę miała to, o czym zawsze marzyłam, nawet jeśli te marzenia skrzętnie ukrywałam, nie potrafię się cieszyć, bo niepewność przytłacza i zagłusza wszystkie pozostałe uczucia.

Tak, dużo się we mnie zmieniło. Nie poznaję sama siebie. Nie wiem, czy się taką lubię.

wtorek, 3 listopada 2015

easy like Sunday morning NOT

Po weekendzie spędzonym w podróży, stwierdzam z przerażeniem jak mało elastyczna jestem, jak mało swobodna, jak mało easy going. Nie cieszą mnie już imprezy przepełnione ludźmi z muzyką, do której nie potrafię tańczyć. Nie umiem chodzić późno spać, a rano być pełna energii i radości. Nie chcę wydawać pieniędzy na coś, co mnie nie będzie cieszyć tylko po to, żeby spędzić czas z innymi ludźmi. Nie umiem się wyluzować, kiedy wszyscy na mnie patrzą, ja nie wiem, o co chodzi i nie rozumiem, co ludzie do mnie mówią. Nie potrafię totalnie zaufać drugiemu człowiekowi podczas planowania podróży, zawsze mój swój pomysł i kiedy nie jest on realizowany bardzo się denerwuję. Kiedy czegoś nie lubię, nie potrafię po prostu odpuścić, ale pokazuję swoje niezadowolenie, nieważne, czy chodzi o jedzenie, muzykę czy pomysł na wydanie kolejnej kwoty. Przeraża mnie to, bo nie poznaję siebie. I przeraża mnie to, bo oznacza to, że powinnam zacząć rozważać kwestię rezygnacji z couch surfingu i przestać nazywać sobie podróżniczką z krwi i kości.

poniedziałek, 19 października 2015

Rzeczy, które lubię w Brazylii/Recife

W związku z odwiedzinami mamy, a wcześniej Dave'a, coraz bardziej niecierpliwię się z przyjazdem do domu i coraz ciężej jest mi tu być i cieszyć się życiem. Dlatego myślę, że nadszedł czas na skupienie się na rzeczach, które lubię w Brazylii, albo w Recife:

1. Pogoda. Tu jest zawsze ciepło,  ale nie za ciepło. Nigdy nie ma potrzeby noszenia kurtki czy swetra, nie trzeba patrze na prognozy pogody i nigdy nie ma jesiennej depresji.
2. Ludzie. Są po prostu niesamowicie mili i pomocni. I cierpliwi. Uśmiechają się cały czas, rozmawiają w autobusie z nieznajomymi
3. Mój szef. Wiadomo, jest biznesmenem, więc musi też pilnować interesu i nie spełniać mojej każdej zachcianki, ale jest naprawdę spoko. Zabiera mnie czasem na kolacje, czy lunche, zawsze mogę na niego liczyć, kiedy coś mi nie działa w mieszkaniu, albo kiedy potrzebuję pomocy z czymkolwiek, zawsze ma dla mnie czas i ucho do wysłuchania.
4. Bliskość oceanu. To piękne móc obudzić się rano, ubrać się w strój i po prostu pójść na plażę poczytać książkę. Bieganie wieczorem też jest super. Bryza, szeroka promenada, i mnóstwo kiosków sprzedających napoje, w tym wodę kokosową, która jest idealnym izotonikiem. Do tego dużo ludzi uprawiających sport, więc do tego świetna motywacja.
5. Akceptacja własnego ciała. Na plaży wszyscy noszą bikini, większość ze stringami. Nikt nie przejmuje się cellulitem, tłuszczem czy obwisłą skórą. Na co dzień każdy nosi to, na co ma ochotę, obcisłe koszulki, króciutkie spodenki czy prześwitujące bluzki
6. Jedzenie. Brazylia to nie tylko świeże owoce. To również pyszna wołowina, fasola, tapioca, acai, caipirinha, ciasta, .... Dużo by wymieniać. Jedyny problem to to, że wszystko jest smażone, przesłodzone, przesolone, więc trzeba bardzo uważać na figurę.
7. Kolorowe ubrania. Od początku mojego pobytu kupiłam sobie ogromną ilość kolorowych sukienek, spódnic, spodenek, koszulek. Tu wszyscy noszą takie ubrania, bardzo rzadko widzi się osobę ubraną całą na czarno. Myślę. że to wpływa też na nastrój: jak się widzi szarobure ubrania wokół nie chce się uśmiechać, kolory przynoszą więcej życia i radości.

Na dzisiaj tyle, ale myślę, że za jakiś czasu pojawi się druga część tej listy.

czwartek, 8 października 2015

problemy w szkole i brazylijski sposób radzenia sobie z nim

W życiu każdego chyba nauczyciela zdarzają się niezadowoleni rodzice, nieporozumienia i inne wersje wydarzeń. Tak też zdarzyło się w moim. Pewnego razu zdenerwowałam się trochę za bardzo, zachowałam się nie do końca poprawnie, a mój uczeń zrozumiał to inaczej niż planowałam, co zaowocowało matką grożącą mi lub szkole pozwem i moim spotkaniem z koordynatorem akademickim i dyrektorką szkoły.
Powiedziałam jak było, przyznałam się do błędu, ale zaprzeczyłam wersji ucznia. Oni poszli zapytać pozostałych uczniów o wersję wydarzeń, która pokrywała się z moimi. Mieli kilka uwag, przede wszystkim różnice kulturowe zostały zauważone, ale nie chcieli zmiany nauczyciela. Po kolejnej rozmowy z mamą ucznia, ta zgodziła się przyjąć moją wersję wydarzeń i nawet nie chciała osobistych przeprosin, ale poprosiła o moją szczerą rozmowę z jej synem, abyśmy mogli sobie wyjaśnić wszystkie problemy (to jest mój najtrudniejszy uczeń i czuje, że się na niego uwzięłam - według mnie jest to zrozumiałe skoro tylko on utrudnia mi życie). Na koniec spotkania z moimi szefami dostałam pokrzepiające słowa, porady i ... przytulańca.
Nie zgadzam się z wieloma rzeczami i sposobem, w jakim Brazylijczycy radzą sobie z problemami, ale uważam, że ta sytuacja była przeprowadzona w sposób cudowny. I za tym będę na pewno tęsknić.