Opuszczone fabryki, targ z używanymi telefonami, rzeką ściekami płynąca. A pośrodku terminal autobusów. Ludzie ubrani w najtańsze ubrania, a pomiędzy nimi bezdomni. Ludzie obserwujący każdy twój krok, mierzący wzrokiem wielkość twojego portfela, próbujący odgadnąć zawartość twojej torebki. Byłam tam kilkanaście razy i nigdy nic się nie stało. Aż do dzisiaj.
Pochłonięta rozmową i szukaniem drogi, zostałyśmy totalnie zaskoczone, kiedy dwoje mężczyzn rzuciło się na nas żądając naszych toreb. Kiedy poczułam, że ktoś ciągnie moją torbę, odruchowo próbowałam mu ją wyrwać, krzycząc w głos. Wtedy zobaczyłam nóż. Spojrzałam na koleżankę, która już pozbyła się swojej torby i przypomniały mi się ostrzeżenia, żeby oddawać wszystko bez dyskusji. Puściłam. Napastnicy uciekli. Ludzie siedzieli tak jak siedzieli, stracili zainteresowanie już w 5 sekund po ataku. W głowie pałętają się myśli, co było w torbie. Telefon, aparat, pieniądze. Karty do bankomatów. Klucze. Mózg przestawiony na tryb awaryjny. Jak dostać się do domu. Jak skontaktować się z szefem. Jak wejść do mieszkania. Niedowierzanie. Trzęsące się ciało i ścisk w żołądku. Ochroniarz. "Przepraszam, zostałyśmy zaatakowane, wszystko zostało skradzione". "Paszporty macie?", "Tak, na szczęście zostały w domu". W końcu pan dzwoni na policję. Przekonuje, żeby podjechali. Że wprawdzie cudzoziemki, ale mówią po portugalsku, a przynajmniej rozumieją. No chodźcie, paszporty im ukradli, to ważne. Podjeżdża radiowóz, w środku trzech policjantów, kilka pistoletów. Jedziemy po okolicy szukając napastników. Panowie wysadzają nas na terminalu i załatwiają z kierowcą, żeby wpuścił nas bez biletu. Przy pożegnaniu mówią, że mamy pójść tu i tam i złożyć raport.
Jestem w domu, cała i zdrowa. Przerażona. Gdybym mogła, już jutro byłabym w samolocie.
sobota, 14 listopada 2015
piątek, 6 listopada 2015
jesienna depresja?
Taki teraz dziwny czas. Bo zostało 6 tygodni w Brazylii. Nie cieszę się na wyjazd, a powrót do Europy napawa mnie lękiem. Nie czuję się panią własnego losu, a strach przed tym, co będzie nie pozwala mi spać. Bo pierwszy raz w życiu kieruję się sercem, a nie rozumem. Pierwszy raz w życiu robię coś w niezgodzie ze sobą. Zamiast jechać gdzieś, gdzie mam pewną pracę i mieszkanie, jadę do Pragi, gdzie mogę nie mieć pracy, gdzie będę mieszkała "na garnuszku' u chłopaka i gdzie frustracja może przewyższasz zachwyt i podziw. I choć będę miała to, o czym zawsze marzyłam, nawet jeśli te marzenia skrzętnie ukrywałam, nie potrafię się cieszyć, bo niepewność przytłacza i zagłusza wszystkie pozostałe uczucia.
Tak, dużo się we mnie zmieniło. Nie poznaję sama siebie. Nie wiem, czy się taką lubię.
Tak, dużo się we mnie zmieniło. Nie poznaję sama siebie. Nie wiem, czy się taką lubię.
wtorek, 3 listopada 2015
easy like Sunday morning NOT
Po weekendzie spędzonym w podróży, stwierdzam z przerażeniem jak mało elastyczna jestem, jak mało swobodna, jak mało easy going. Nie cieszą mnie już imprezy przepełnione ludźmi z muzyką, do której nie potrafię tańczyć. Nie umiem chodzić późno spać, a rano być pełna energii i radości. Nie chcę wydawać pieniędzy na coś, co mnie nie będzie cieszyć tylko po to, żeby spędzić czas z innymi ludźmi. Nie umiem się wyluzować, kiedy wszyscy na mnie patrzą, ja nie wiem, o co chodzi i nie rozumiem, co ludzie do mnie mówią. Nie potrafię totalnie zaufać drugiemu człowiekowi podczas planowania podróży, zawsze mój swój pomysł i kiedy nie jest on realizowany bardzo się denerwuję. Kiedy czegoś nie lubię, nie potrafię po prostu odpuścić, ale pokazuję swoje niezadowolenie, nieważne, czy chodzi o jedzenie, muzykę czy pomysł na wydanie kolejnej kwoty. Przeraża mnie to, bo nie poznaję siebie. I przeraża mnie to, bo oznacza to, że powinnam zacząć rozważać kwestię rezygnacji z couch surfingu i przestać nazywać sobie podróżniczką z krwi i kości.
poniedziałek, 19 października 2015
Rzeczy, które lubię w Brazylii/Recife
W związku z odwiedzinami mamy, a wcześniej Dave'a, coraz bardziej niecierpliwię się z przyjazdem do domu i coraz ciężej jest mi tu być i cieszyć się życiem. Dlatego myślę, że nadszedł czas na skupienie się na rzeczach, które lubię w Brazylii, albo w Recife:
1. Pogoda. Tu jest zawsze ciepło, ale nie za ciepło. Nigdy nie ma potrzeby noszenia kurtki czy swetra, nie trzeba patrze na prognozy pogody i nigdy nie ma jesiennej depresji.
2. Ludzie. Są po prostu niesamowicie mili i pomocni. I cierpliwi. Uśmiechają się cały czas, rozmawiają w autobusie z nieznajomymi
3. Mój szef. Wiadomo, jest biznesmenem, więc musi też pilnować interesu i nie spełniać mojej każdej zachcianki, ale jest naprawdę spoko. Zabiera mnie czasem na kolacje, czy lunche, zawsze mogę na niego liczyć, kiedy coś mi nie działa w mieszkaniu, albo kiedy potrzebuję pomocy z czymkolwiek, zawsze ma dla mnie czas i ucho do wysłuchania.
4. Bliskość oceanu. To piękne móc obudzić się rano, ubrać się w strój i po prostu pójść na plażę poczytać książkę. Bieganie wieczorem też jest super. Bryza, szeroka promenada, i mnóstwo kiosków sprzedających napoje, w tym wodę kokosową, która jest idealnym izotonikiem. Do tego dużo ludzi uprawiających sport, więc do tego świetna motywacja.
5. Akceptacja własnego ciała. Na plaży wszyscy noszą bikini, większość ze stringami. Nikt nie przejmuje się cellulitem, tłuszczem czy obwisłą skórą. Na co dzień każdy nosi to, na co ma ochotę, obcisłe koszulki, króciutkie spodenki czy prześwitujące bluzki
6. Jedzenie. Brazylia to nie tylko świeże owoce. To również pyszna wołowina, fasola, tapioca, acai, caipirinha, ciasta, .... Dużo by wymieniać. Jedyny problem to to, że wszystko jest smażone, przesłodzone, przesolone, więc trzeba bardzo uważać na figurę.
7. Kolorowe ubrania. Od początku mojego pobytu kupiłam sobie ogromną ilość kolorowych sukienek, spódnic, spodenek, koszulek. Tu wszyscy noszą takie ubrania, bardzo rzadko widzi się osobę ubraną całą na czarno. Myślę. że to wpływa też na nastrój: jak się widzi szarobure ubrania wokół nie chce się uśmiechać, kolory przynoszą więcej życia i radości.
Na dzisiaj tyle, ale myślę, że za jakiś czasu pojawi się druga część tej listy.
1. Pogoda. Tu jest zawsze ciepło, ale nie za ciepło. Nigdy nie ma potrzeby noszenia kurtki czy swetra, nie trzeba patrze na prognozy pogody i nigdy nie ma jesiennej depresji.
2. Ludzie. Są po prostu niesamowicie mili i pomocni. I cierpliwi. Uśmiechają się cały czas, rozmawiają w autobusie z nieznajomymi
3. Mój szef. Wiadomo, jest biznesmenem, więc musi też pilnować interesu i nie spełniać mojej każdej zachcianki, ale jest naprawdę spoko. Zabiera mnie czasem na kolacje, czy lunche, zawsze mogę na niego liczyć, kiedy coś mi nie działa w mieszkaniu, albo kiedy potrzebuję pomocy z czymkolwiek, zawsze ma dla mnie czas i ucho do wysłuchania.
4. Bliskość oceanu. To piękne móc obudzić się rano, ubrać się w strój i po prostu pójść na plażę poczytać książkę. Bieganie wieczorem też jest super. Bryza, szeroka promenada, i mnóstwo kiosków sprzedających napoje, w tym wodę kokosową, która jest idealnym izotonikiem. Do tego dużo ludzi uprawiających sport, więc do tego świetna motywacja.
5. Akceptacja własnego ciała. Na plaży wszyscy noszą bikini, większość ze stringami. Nikt nie przejmuje się cellulitem, tłuszczem czy obwisłą skórą. Na co dzień każdy nosi to, na co ma ochotę, obcisłe koszulki, króciutkie spodenki czy prześwitujące bluzki
6. Jedzenie. Brazylia to nie tylko świeże owoce. To również pyszna wołowina, fasola, tapioca, acai, caipirinha, ciasta, .... Dużo by wymieniać. Jedyny problem to to, że wszystko jest smażone, przesłodzone, przesolone, więc trzeba bardzo uważać na figurę.
7. Kolorowe ubrania. Od początku mojego pobytu kupiłam sobie ogromną ilość kolorowych sukienek, spódnic, spodenek, koszulek. Tu wszyscy noszą takie ubrania, bardzo rzadko widzi się osobę ubraną całą na czarno. Myślę. że to wpływa też na nastrój: jak się widzi szarobure ubrania wokół nie chce się uśmiechać, kolory przynoszą więcej życia i radości.
Na dzisiaj tyle, ale myślę, że za jakiś czasu pojawi się druga część tej listy.
czwartek, 8 października 2015
problemy w szkole i brazylijski sposób radzenia sobie z nim
W życiu każdego chyba nauczyciela zdarzają się niezadowoleni rodzice, nieporozumienia i inne wersje wydarzeń. Tak też zdarzyło się w moim. Pewnego razu zdenerwowałam się trochę za bardzo, zachowałam się nie do końca poprawnie, a mój uczeń zrozumiał to inaczej niż planowałam, co zaowocowało matką grożącą mi lub szkole pozwem i moim spotkaniem z koordynatorem akademickim i dyrektorką szkoły.
Powiedziałam jak było, przyznałam się do błędu, ale zaprzeczyłam wersji ucznia. Oni poszli zapytać pozostałych uczniów o wersję wydarzeń, która pokrywała się z moimi. Mieli kilka uwag, przede wszystkim różnice kulturowe zostały zauważone, ale nie chcieli zmiany nauczyciela. Po kolejnej rozmowy z mamą ucznia, ta zgodziła się przyjąć moją wersję wydarzeń i nawet nie chciała osobistych przeprosin, ale poprosiła o moją szczerą rozmowę z jej synem, abyśmy mogli sobie wyjaśnić wszystkie problemy (to jest mój najtrudniejszy uczeń i czuje, że się na niego uwzięłam - według mnie jest to zrozumiałe skoro tylko on utrudnia mi życie). Na koniec spotkania z moimi szefami dostałam pokrzepiające słowa, porady i ... przytulańca.
Nie zgadzam się z wieloma rzeczami i sposobem, w jakim Brazylijczycy radzą sobie z problemami, ale uważam, że ta sytuacja była przeprowadzona w sposób cudowny. I za tym będę na pewno tęsknić.
Powiedziałam jak było, przyznałam się do błędu, ale zaprzeczyłam wersji ucznia. Oni poszli zapytać pozostałych uczniów o wersję wydarzeń, która pokrywała się z moimi. Mieli kilka uwag, przede wszystkim różnice kulturowe zostały zauważone, ale nie chcieli zmiany nauczyciela. Po kolejnej rozmowy z mamą ucznia, ta zgodziła się przyjąć moją wersję wydarzeń i nawet nie chciała osobistych przeprosin, ale poprosiła o moją szczerą rozmowę z jej synem, abyśmy mogli sobie wyjaśnić wszystkie problemy (to jest mój najtrudniejszy uczeń i czuje, że się na niego uwzięłam - według mnie jest to zrozumiałe skoro tylko on utrudnia mi życie). Na koniec spotkania z moimi szefami dostałam pokrzepiające słowa, porady i ... przytulańca.
Nie zgadzam się z wieloma rzeczami i sposobem, w jakim Brazylijczycy radzą sobie z problemami, ale uważam, że ta sytuacja była przeprowadzona w sposób cudowny. I za tym będę na pewno tęsknić.
wtorek, 29 września 2015
aklimatyzacja
Musze przyznac szczerze, ze mam problemy z aklimatyzacja. Wiem,jestem tu juz 8 miesiecy, wiec ten etap powinien byc juz dawno za mna. Problem polega ma tym, ze choc poznalam ta kulture dobrze i przezylam juz ten pierwszy szok kulturowy, nadal nie potrafie sie tu odnalezc. Brakuje mi najprostszych rzeczy i nie potrafie sie przekonac do brazylisjkiego stylu zycia. Brakuje mi dyskotek, gdzie kazdy tanczy indywidualnie do amerykanskich hitow. Nie potrafie sie przelamac, zeby dobrze sie bawic przy sambie, forro czy ashe, bo wydaje mi sie, ze nie potrafie sie odpowiednio poruszac, a dotyk kogos obcego nadal mi przeszkadza. Brakuje mi wyjdc na kawe i ciacho. Nadal dziwnie sie czuje pijac piwo rano. Brakuje mi mezczyzn ustepujacych mi miejsca w autobusie, choc wiem, ze przeciez wcale go nie potrzebuje (choc autobusy to temat na osobny post, choc nie wiem, czy jestem w stanie to przedstawic, bo tego po prostu trzeba doswiadczyc). Brakuje mi rozmow 'o czyms' i brakuje mi konkretnych informacji.
Wiem, ze to ja jestem winna tego, ze nie potrafie sie tu zrelaksowac i brac wszystkiego 'jak leci', bez potrzeby kwestionowania tego. Ale walka trwa dalej.
Wiem, ze to ja jestem winna tego, ze nie potrafie sie tu zrelaksowac i brac wszystkiego 'jak leci', bez potrzeby kwestionowania tego. Ale walka trwa dalej.
piątek, 25 września 2015
brazylijskie problemy
Jak zapewne wiecie, Brazylia boryka sie. wieloma problemami. Najwazniejsze prawa obywatela, czyli prawo do edukacji, sluzby zdrowia i bezpieczenstwa, sa tu nieprzestrzegane. Tylko najbogatsni maja szanse wiesc normalne zycie,a i tak nie jest ciekawie. Szkoly panstwowe istnieja, ale klasy sa przepelnione, szkoly sa niedofinansowane, wiec warunki sa zatrwazajace, nie ma kilmatyzacji w klasie (uwierzcie mi, tu sie nie da bez niej), a dzieci pochodza z marginesow spolecznych, wiec do tego jest niebezpiecznie. Dlatego jesli chce sie do czegos w zyciu dojsc, trzeba isc do szkoly prywatnej. Ta kosztuje od tysiaca w gore, za miesiac, za jedno dziecko. Sluzba zdrowia jest porownywalna z nasza polska, wiec nie ma co sie rozpisywac, ale znowu, bez kasy ani rusz. Bezpieczenstwo, a wlasciwie jego brak to juz legenda. W rzeczywistosci chyba jest gorzej niz sie mowi. Bo nie tylko napady z bronia reku sa na porzadku dziennym. O czym sie nie mowi to to, ze jezeli nie masz nic przy sobie, to mozesz zostac zastrzelona ze zwyklej zlosci. Dlatego Brazylijczycy nosza ze soba dwa telefony i zawsze maja przy sobie pieniadze. Jazda autobusem to zajecie dla biednych, wszyscy, ktorych na to stac podrozuja samochodami, moi nastoletni uczniowie musza czekac na swoich rodzicow po kazdej lekcji. A ja nie jezdze autobusami po 21, choc najchetniej nie jezdzilabym juz po 18, kiedy jest ciemno.
I wiecie co? Brazylijczycy sa jednym z najszczesliwych krajow na swiecie. Wiedza, ze jest zle, ale mimo to usmiechaja sie, tancza na ulicach i sa mili. Mysle, ze tego podejsia powinnysmy sie od nich uczyc.
I wiecie co? Brazylijczycy sa jednym z najszczesliwych krajow na swiecie. Wiedza, ze jest zle, ale mimo to usmiechaja sie, tancza na ulicach i sa mili. Mysle, ze tego podejsia powinnysmy sie od nich uczyc.
wtorek, 22 września 2015
ach te zwiazki
Ostatnio duzo mysle o zwiazkach. I tak sobie mysle, ze najczesciej slysze narzekania na facetow od dziewczyn bardzo specyficznych, trudnych i bezkompromisowych. Rzadko w tym narzekaniu przyznania sie do bledu, wziecia winy na siebie czy proby zrozumienia. 'Ja daje, wiec mi sie nalezy'. To niestety tak nie dziala. On tez daje, kazdego dnia. Kazdego dnia, kiedy urzadzasz mu karczemna awanture o glupote, bo 'chcesz emocji', on daje Ci zrozumienie. Kazdego dnia, kiedy jeczysz, ze on juz Cie napewno nie kocha, on daje Ci zapewnienia milosci, na ktore nie ma ochoty. Kazdego dnia, kiedy strzelasz focha, on daje Cinswoja cierpliwosc.
Pomysl o tym, kiedy nastepnym razem bedziesz narzekala na jego brak romantycznosci, sarkastyczne poczucie humoru czy nieposwiecanie Ci calej swojej uwagi.
Pomysl o tym, kiedy nastepnym razem bedziesz narzekala na jego brak romantycznosci, sarkastyczne poczucie humoru czy nieposwiecanie Ci calej swojej uwagi.
sobota, 12 września 2015
na wzór rodziców
Jak to jest, że kopiujemy zachowania naszych rodziców,które nas tak bardzo w nich drażnią? Jak to jest, że dostajemy więcej cech od tego rodzica, który irytuje nas najbardziej? No i jak z tym walczyć?
Pozostawiam te pytania licząc, że ktoś mądry przyjdzie i odpowie. Bo ja próbuję walczyć, ale mi nie wychodzi i posyłam ciosy osobie, która na nie nie zasługuje. A to przecież nieładnie.
Pozostawiam te pytania licząc, że ktoś mądry przyjdzie i odpowie. Bo ja próbuję walczyć, ale mi nie wychodzi i posyłam ciosy osobie, która na nie nie zasługuje. A to przecież nieładnie.
wtorek, 8 września 2015
dość!
Koniec narzekania! Koniec marudzenia!
Czas wziąć się w garść i cieszyć się tym,co mam, a mam tak dużo!
wtorek, 1 września 2015
Lençóis Maranhenses
Sao Paolo jest wedlug mnie najbardziej europejskim miastem w Brazylii. Dlatego troszke szokiem byl dla mnie widok Sao Luis na polnocy Brazylii. Sao Luis to stolica jednego z naujbozszych regionow w Brazylii. I ta biede widac na kazdym kroku.
Do Sao Luis pojechalam nieprzygotowana. Znalam znazwe hostelu i adres, ale nie wiedzialam, jak tam dojechac. Wiedzialam, ze zeby dostac sie na Lencois musze dojechac do Barreinhas, ale nie wiedzialam, jak tego dokonac.
Na szczescie juz od samego poczatku przesladowalo mnie szczescie. W autobusie z lotniska poznalam pare z Sao Paolo, ktora jechala do tego samego hostelu. Oni pytali o droge i nawigowali mnie w miescie, wiec dojechalam bez problemu. I od razu w pokoju poznalam inna Brazylijke z Sao Paolo. Pogadalysmy sie i juz narodzila sie przyjazn. To ona powiedziala mi, ze powinnam jechac do innego miasta, bo tam ladniej i taniej i sa laguny. Ustalilysmy, ze od teraz bedziemy trzymac sie razem.
A zatem zarezerowala nam miejsce w vanie, ktory wyruszal o 2 w nocy. O drugiej podjechalo auto, ktore poprzewozilo nas po calym miescie zgarniajac jeszcze dwie inne osoby. W koncu dotarlismy do vana, ktory niestety nie byl niczym, czego sie spodziewalam. twarde fotele, ktore sie nie klada, brak amortyzacji i glosne towarzystwo totalnie uniemozliwilo tak potrzebny sen. Okolo 6 dojechalismy na parking, gdzie mielismy sie przesiasc na pick upy. To takie dosc spore auta, ktore maja za naczepie zamontowane fotele i dach. Okazuje sie, ze Santo Amaro jest po prostu posrodu pustyni i nie ma tak drog, wiec trzeba tam dojechac specjalnym autem z duzymi kolami. Ja poszlam do przodu, do srodka auta a ze mna zamiast Cynthii przyszedl jakis pan. Nie umialam zrozumiec, o czym panowie do mnie mowili i bylam tak zmeczona, ze mialam halucynacje. Co chwile mi sie wydawalo, ze zamiast korzenia jest przede mna pies, a zamiast drzewa - panie.
W koncu doejchalysmy na miejsce. Nie mialysmy zarezerwowanego hotelu, wiec musialasmy jechac od hotelou do hotelu i pytac o cene. W koncu znalazysmy dom z takimi jakby barakami, gdzie cena byla bardzo przyzwoita. I kiedy juz myslalam, ze sie nareszcie poloze okazalo sie, ze wlasciciel tego hotelu wyrusza wlasnie na calodniowa wycieczke po Lencois, wiec szybko sie przebralysmy i pojechalysmy koejnym pick-upem.
Coz moge powiedziec? To zdecydowanie najpiekniejsze miejsce, jakie w zyciu widzialam. Bialy piasek i niebieskie laguny. Ludzie, z ktorymi tam bylam mowili po angielsku, a jedna nawet po slasku! Kiedy w koncyu dostalam sie na gore auta, zeby moc robic milion zdjec, auto wjechalo w dziure i tak podskoczylam na siedzeniu, ze wyladowalam z ogromnym siniakiem na posladku. Kierowca zatrzymywal sie od czasu do czasu, zebysmy mogli poplywac, pochodzic i porobic zdjecia. Potem przerwa na lunch i znowu pustynia, zeby zobaczyc zachod slonca. Nastepnego dnia pojechalam znowu do Sao Luis, skad udalam sie do Fortalezy.
Do Sao Luis pojechalam nieprzygotowana. Znalam znazwe hostelu i adres, ale nie wiedzialam, jak tam dojechac. Wiedzialam, ze zeby dostac sie na Lencois musze dojechac do Barreinhas, ale nie wiedzialam, jak tego dokonac.
Na szczescie juz od samego poczatku przesladowalo mnie szczescie. W autobusie z lotniska poznalam pare z Sao Paolo, ktora jechala do tego samego hostelu. Oni pytali o droge i nawigowali mnie w miescie, wiec dojechalam bez problemu. I od razu w pokoju poznalam inna Brazylijke z Sao Paolo. Pogadalysmy sie i juz narodzila sie przyjazn. To ona powiedziala mi, ze powinnam jechac do innego miasta, bo tam ladniej i taniej i sa laguny. Ustalilysmy, ze od teraz bedziemy trzymac sie razem.A zatem zarezerowala nam miejsce w vanie, ktory wyruszal o 2 w nocy. O drugiej podjechalo auto, ktore poprzewozilo nas po calym miescie zgarniajac jeszcze dwie inne osoby. W koncu dotarlismy do vana, ktory niestety nie byl niczym, czego sie spodziewalam. twarde fotele, ktore sie nie klada, brak amortyzacji i glosne towarzystwo totalnie uniemozliwilo tak potrzebny sen. Okolo 6 dojechalismy na parking, gdzie mielismy sie przesiasc na pick upy. To takie dosc spore auta, ktore maja za naczepie zamontowane fotele i dach. Okazuje sie, ze Santo Amaro jest po prostu posrodu pustyni i nie ma tak drog, wiec trzeba tam dojechac specjalnym autem z duzymi kolami. Ja poszlam do przodu, do srodka auta a ze mna zamiast Cynthii przyszedl jakis pan. Nie umialam zrozumiec, o czym panowie do mnie mowili i bylam tak zmeczona, ze mialam halucynacje. Co chwile mi sie wydawalo, ze zamiast korzenia jest przede mna pies, a zamiast drzewa - panie.
W koncu doejchalysmy na miejsce. Nie mialysmy zarezerwowanego hotelu, wiec musialasmy jechac od hotelou do hotelu i pytac o cene. W koncu znalazysmy dom z takimi jakby barakami, gdzie cena byla bardzo przyzwoita. I kiedy juz myslalam, ze sie nareszcie poloze okazalo sie, ze wlasciciel tego hotelu wyrusza wlasnie na calodniowa wycieczke po Lencois, wiec szybko sie przebralysmy i pojechalysmy koejnym pick-upem.Coz moge powiedziec? To zdecydowanie najpiekniejsze miejsce, jakie w zyciu widzialam. Bialy piasek i niebieskie laguny. Ludzie, z ktorymi tam bylam mowili po angielsku, a jedna nawet po slasku! Kiedy w koncyu dostalam sie na gore auta, zeby moc robic milion zdjec, auto wjechalo w dziure i tak podskoczylam na siedzeniu, ze wyladowalam z ogromnym siniakiem na posladku. Kierowca zatrzymywal sie od czasu do czasu, zebysmy mogli poplywac, pochodzic i porobic zdjecia. Potem przerwa na lunch i znowu pustynia, zeby zobaczyc zachod slonca. Nastepnego dnia pojechalam znowu do Sao Luis, skad udalam sie do Fortalezy.
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Sao Paulo
Sao Paulo nie nalezy do najpiekniejszych miast. Wielka betonowa dzungla z wysokimi wiezowcami. Wszystko jest drogie i przereklamowane.Mimo to, Sao Paulo skradlo moje serce. To chyba jedyne miesjce w Brazylii, gdzie ludzie pracuja naprawde ciezko, gdzie zostaja w pracy po godzinach i gdzie stresuja sie praca. Glowna ulica, Paulista, to miejsce w znacznej wiekszosci zabudowane drapacza chmur, z przeogromna iloscia luksuksowych centrow handlowych i drogich kafejek.Tam tetni zycie miasta. Niedaleko od tej ulicy znajduje sie najwiekszy park w Sao Paulo, gdzie tlumy wybieraja sie na weekendowe bieganie, pedalowanie czy spacery. W Sao Paulo znajduje sie ogromna ilosc muzeow, dla kazdego sie cos znajdzie.Jest rowniez stare miasto, ktore jak wiekszosc starych miast w Brazylii jest zamieszkana przez bezdomnych przez co jest postrzegane jako niebezpieczna dzielnica. Ale rowniez bardzo ciekawa. Mozna tam znalezc zarowno katedre , koscioly i teatr, ktore zostaly zbudowane na wzor tych europejskich, ale rowniez pierwsze wiezowce. Tam tez mozna wjechac za darmo na najwyzsze pietro jednego z budynkow mieszkalnnych i podziwiac, jak bardzo to miasto przypomina betonowa dzungle.
Spotkalam tam rowniez swoich znajomych, szczegolnie dziewczyne, ktora goscilam w Katowicach 3 lata temu, zjadlam pyszne japonskie sushi, zmarzlam, spalam w hostelu, gdzie nikt nie mowil po angielsku i wydalam zdecydowanie za duzo pieniedzy.
Z zalem wiec wybieralam sie z powrotem na polnoc, gdzie czekala na mnie przygoda mojego zycia.
czwartek, 6 sierpnia 2015
Kurytyba
![]() |
| Ogrod Botaniczny |
![]() |
| Muzeum Oskara Niemeyera |
W Kurytybie znajduje sie rowniez Muzuem Polskie, z najbrzydszym pomnikime Jana Pawla II-ego, jaki kiedykolwiek widzialam, i ze skansenem, ktory w sumie byl dosc dobrze zrobiony. Tam mozna bylo znalezc dom typowego Polaka, jego schowek i kosciol. Byl tez calu pokoj z religijnymi przedmiotami oraz inny ze zdjeciami papieza ze slawnymi ludzmi.
![]() |
| Morretes |
Dlatego z radoscia wsiadalam do autobusu zmierzajacego w strone Sao Paulo.
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Rio
Laptop nadal nie dziala, choc juz jest lepiej, teraz brakuje mi tylko spacji, v, r i n, wiec pisze z komputera w pracy, wybaczcie brak polskich znakow.
O Rio moznaby pisac godzinami. I niewiele mozna powiedziec, czego juz sie nie wie. W Rio poraza ilosc fawel oraz gorek. Mnie porazily tez ceny. Po 60zl za wjazd na Chrystusa i Gore Cukrowa troszke mnie zbilo z tropu. Rio to nie tylko fawele, ale tez plaze, jak np. Ipanema czy Copacabana, ale tez wiele innych (np. Praia Vermelho tuz przy Gorze Cukrowej). Do tego mamy Stare Miasto, ktore mnie rozczarowalo jako ze mialo tylko kilka interesujacych budynkow (ktore zostaly zbudowane na wzor Luwru i Operu w Paryzu). Jest tez Lapa z pieknymi budynkami, ktore wieczorem zamieniaja sie w bary i wypelniaja sie ludzmi. Tuz prz Lapie jest Santa Teresa, polozona ponad miastem, miejsce, w ktorym mozna znalezc wielu artystow (ale nijak sie to ma to atmosfery Monrtmarte). Oaza spokoju jest Ogrod Botaniczny wypelniony roznymi egoztycznymi roslinami, ze szklarniami z kaktusami i orchideami na czele. Tam tez mozna spotkac malpki. Ja mialam niewatpliwe szczescie byc w Rio, kiedy byla tam wystawa Picasso w Centrum Kulturalnym Banku Brazylii, bardzo dobra i ciekawa wystawa, a do tego kompletnie za darmo (choc swoje w kolejce trzeba bylo wystac).
Wielu turystow wybiera sie na wycieczke do faweli, nawet sa biura podrozy, ktore sie tym zajmuja. Ja dlugo bilam sie z myslami, czy to zrobic czy nie. Z jednej strony wiem, ze to ciekawe i niezwykle, ale z drugiej nie czulabym sie w porzadku odwiedzajac czyjes domy tylko po to, zeby mi wspolczuc. To troche tak jakby do mojego domu przyjechala banda milionerow i wspolczula mi i mojej rodziny, ze mamy tylko to, ze ogrodek maly i jakos tych pokoi malawo i w ogole co to za wanna. A na koniec zostawiliby nam jakies jedzenie. Co myslicie, przesadzam?
Jako ze planowalam zostac w Rio tylko tydzien, musialam zmienic hosta i przenioslam sie do Niteroi, malego miasteczka po drugiej strony zatoki. Byla to bardzo dobra decyzja, bo miasteczko okazalo sie dosc ciekawe z budynkami Oscara Niemeyera, plaza z widokiem na Rio i Gore Cukrowa, a takze moja host okazala sie bardzo interesujaca osoba. Pelna energii, optymizmu i planow na zycie, rok po wygraniu walki z rakiem, nauczyla mnie bycia bardziej otwarta na ludzi i to, co zycie przynosi nam kazdego dnia.
Jedyne, czego mi w Rio zabraklo to ludzi. Oczywiscie, byla Munah, ale poza tym nie poznalam nikogo wartego wspomnienia. Spodziewalam sie, ze kazdego dnia poznam nowych ludzi, ale jakos sie to nie stalo. Tam mialam okazje naprawde wsluchac sie w siebie i w to, czego w zyciu chce. Z zalem wyjezdzalam po 12 dniach, myslac o pierogach i tych wszystkich Polakach w Kurytybie.
![]() |
| schody pomiedzy Lapa a Santa Teresa |
O Rio moznaby pisac godzinami. I niewiele mozna powiedziec, czego juz sie nie wie. W Rio poraza ilosc fawel oraz gorek. Mnie porazily tez ceny. Po 60zl za wjazd na Chrystusa i Gore Cukrowa troszke mnie zbilo z tropu. Rio to nie tylko fawele, ale tez plaze, jak np. Ipanema czy Copacabana, ale tez wiele innych (np. Praia Vermelho tuz przy Gorze Cukrowej). Do tego mamy Stare Miasto, ktore mnie rozczarowalo jako ze mialo tylko kilka interesujacych budynkow (ktore zostaly zbudowane na wzor Luwru i Operu w Paryzu). Jest tez Lapa z pieknymi budynkami, ktore wieczorem zamieniaja sie w bary i wypelniaja sie ludzmi. Tuz prz Lapie jest Santa Teresa, polozona ponad miastem, miejsce, w ktorym mozna znalezc wielu artystow (ale nijak sie to ma to atmosfery Monrtmarte). Oaza spokoju jest Ogrod Botaniczny wypelniony roznymi egoztycznymi roslinami, ze szklarniami z kaktusami i orchideami na czele. Tam tez mozna spotkac malpki. Ja mialam niewatpliwe szczescie byc w Rio, kiedy byla tam wystawa Picasso w Centrum Kulturalnym Banku Brazylii, bardzo dobra i ciekawa wystawa, a do tego kompletnie za darmo (choc swoje w kolejce trzeba bylo wystac).
![]() |
| Ogrod Botaniczy |
Jako ze planowalam zostac w Rio tylko tydzien, musialam zmienic hosta i przenioslam sie do Niteroi, malego miasteczka po drugiej strony zatoki. Byla to bardzo dobra decyzja, bo miasteczko okazalo sie dosc ciekawe z budynkami Oscara Niemeyera, plaza z widokiem na Rio i Gore Cukrowa, a takze moja host okazala sie bardzo interesujaca osoba. Pelna energii, optymizmu i planow na zycie, rok po wygraniu walki z rakiem, nauczyla mnie bycia bardziej otwarta na ludzi i to, co zycie przynosi nam kazdego dnia.
Jedyne, czego mi w Rio zabraklo to ludzi. Oczywiscie, byla Munah, ale poza tym nie poznalam nikogo wartego wspomnienia. Spodziewalam sie, ze kazdego dnia poznam nowych ludzi, ale jakos sie to nie stalo. Tam mialam okazje naprawde wsluchac sie w siebie i w to, czego w zyciu chce. Z zalem wyjezdzalam po 12 dniach, myslac o pierogach i tych wszystkich Polakach w Kurytybie.
niedziela, 5 lipca 2015
Belo Horizonte
Troszke spozniona, ale dopiero teraz udalo mi sie dorwac laptop.
Belo Horizonte bylo niejscem, do ktorego nie planowalam pojechac podczas pierwszych zamyslow. Dodalam je do trasy tylko dlatego, ze potrzebowalam posrednika pomiedzy Salwadorem a Rio (oczywiscie zapomnialam sprawdzic, ze pomiedzy Salwadorem a BH jest 1400km, czyli i tak musialam leciec, wiec moglam rownie dobrze je ominac). Cale szczescie o fakcie, ze dystans jest tak wielki dowiedzialam sie juz po przyjezdze do Salwdorze, bo inaczej ominelabym to miasto i stracilabym naprawde wiele.
Samo miaste nie jest turystyczne. Jest bardzo europiejskie, bardzo zielone, autobusy sa dobrze zorganizowane, nowoczesne, zrozumiale. Czulam sie tam momentami naprawde bezpiecznie i nie musialam prosic ludzi o pomoc w autobusie. Lotnisko tez zrobilo na mnie wrazenie, mysle, ze zostalo zbudowane na Mistrzostwa i zrobiono to nowoczesnie. Zaskoczyla mnie ilosc parkow i drzew, naprawde mozna tam bylo wypoczac, choc przeciez nie ma dostepu do oceanu.
Ale to, co mi najbardziej przypadlo do gustu do Ouro Preto, malenskie miasteczko gornicze z kolonialnymi budynkami. Strome brukowane uliczki, kolorowe budynki i mnostwo kosciolow dodaja duzo uroku.
Innym ciekawym miejscem bylo Inhotim, ogromne otwarte muzeum. To tak naprawde park z
wieloma galeriami, w ktorych znajduje sie sztuka nowoczesna.
Moim ulubionym pokojem byl pokoj z hamakami, gdzie na scianie pokazywane byly slajdy z Jimi Hendriksem wykonane przy pomocy zdjec i ... kokainy, a z glosnikow wydobywala sie jego muzyka. Piekne miejsce, ciche, spokojne i bardzo inspirujace.
Juz blizej BH znajduje sie Pampulha z kosciolem najslynniejszego architekta Brazylii, Oscara Niemeyera. A takze jezioro z trasami rowerowymi i mnostwem zieleni. Kolejna oaza spokoju.
Mieszkalam tam w duzym mieszkaniu zamieszkalym przez 4 ludzi. Kazdy z nich ma odpowiedzialna prace: dla rzadu, banku czy wlasnego ojca, ktory prowadzi swoje restauracje. Ja mialam okazje poznac ich w sobote podczas imprezy przez nich organizowanej. Wszyscy pili ile popadnie, calowali kogo popadnie (czasem po kilka osob jednego wieczoru). Impreza skonczyla sie o polnocy, przeniesli sie do knajpy, a nastepnie do domu, gdzie przesiadywali w kuchni do 5 rano, a obudzili sie o 8 probujac sobie przypomniec, co sie dzialo noc wczesniej i kto calowal kogo.
Ja nie bawilam sie tak dobrze, bo wszyscy mowili tylko po portugalsku, a zespol gral hity muzyki brazylijskiej, ktorych ja niestety nie znam i nie moglam spiewac z innymi. Bylam strasznie nieszczesliwa rano, bo naprawde potrzebowalam snu, ale jako ze ta wycieczka miala byc proba przelamania sie i robienia rzeczy, ktorych nie robie na codzien, nie zaluje niczego.
Belo Horizonte bylo niejscem, do ktorego nie planowalam pojechac podczas pierwszych zamyslow. Dodalam je do trasy tylko dlatego, ze potrzebowalam posrednika pomiedzy Salwadorem a Rio (oczywiscie zapomnialam sprawdzic, ze pomiedzy Salwadorem a BH jest 1400km, czyli i tak musialam leciec, wiec moglam rownie dobrze je ominac). Cale szczescie o fakcie, ze dystans jest tak wielki dowiedzialam sie juz po przyjezdze do Salwdorze, bo inaczej ominelabym to miasto i stracilabym naprawde wiele.
![]() |
| Ouro Preto |
Ale to, co mi najbardziej przypadlo do gustu do Ouro Preto, malenskie miasteczko gornicze z kolonialnymi budynkami. Strome brukowane uliczki, kolorowe budynki i mnostwo kosciolow dodaja duzo uroku.
Innym ciekawym miejscem bylo Inhotim, ogromne otwarte muzeum. To tak naprawde park z
![]() |
| kajedoskop w Inhotim |
Moim ulubionym pokojem byl pokoj z hamakami, gdzie na scianie pokazywane byly slajdy z Jimi Hendriksem wykonane przy pomocy zdjec i ... kokainy, a z glosnikow wydobywala sie jego muzyka. Piekne miejsce, ciche, spokojne i bardzo inspirujace.
Juz blizej BH znajduje sie Pampulha z kosciolem najslynniejszego architekta Brazylii, Oscara Niemeyera. A takze jezioro z trasami rowerowymi i mnostwem zieleni. Kolejna oaza spokoju.Mieszkalam tam w duzym mieszkaniu zamieszkalym przez 4 ludzi. Kazdy z nich ma odpowiedzialna prace: dla rzadu, banku czy wlasnego ojca, ktory prowadzi swoje restauracje. Ja mialam okazje poznac ich w sobote podczas imprezy przez nich organizowanej. Wszyscy pili ile popadnie, calowali kogo popadnie (czasem po kilka osob jednego wieczoru). Impreza skonczyla sie o polnocy, przeniesli sie do knajpy, a nastepnie do domu, gdzie przesiadywali w kuchni do 5 rano, a obudzili sie o 8 probujac sobie przypomniec, co sie dzialo noc wczesniej i kto calowal kogo.
![]() |
| chlopaki graja na balkonie po calonocnej imprezie |
Subskrybuj:
Posty (Atom)










