poniedziałek, 20 października 2014

Wilno

Wilno skradło mi serce, rozkochało mnie w domu i wysłało do Moskwy z uśmiechem. Po kolejnym ciężkim poranku, pożegnaniu się z Janisami, czterogodzinnej podróży wylądowaliśmy na dworcu w Wilnie. Komuna is back. Żule, żebrające panie, dziwne piekarenki, maleńkie sklepy sprzedające wszystko i nic (to akurat rzecz typowo moskiewska). Troszkę się wtedy przeraziłam i cóż, zraziłam. Ale hostel okazał się naprawdę bardzo fajny, dużo przestrzeni, dużo prywatności. Spacer na Stare Miasto wywołał duże wrażenie, bo choć nie tak ciekawe jak w Tallinie, dla mnie ciekawe, bo wszystko po polsku. Przez następne dwa dni przełaziłam Wilno tam i z powrotem, wzdłuż i wszerz, wspięłam się na kilka górek i podziwiałam miasto z góry, doszłam do dzielnic, gdzie nie ma już tych wszystkich pięknych domów, ale i tak jest interesująco. Widziałam socjalistyczny most, którego nawet Moskwa by się nie powstydziła. Jadłam pyszne jedzenie za przyzwoitą cenę i zrobiłam sporo zdjęć. Lotnisko jest oddalone od centrum 10 minut, a bilet autobusowy kosztuje 1 euro. Na miejscu wszystko idzie sprawnie, a przy bramkach są pufy. Aż żal było wyjeżdżać. Zgodnie zdecydowaliśmy, że to jest miejsce, w którym moglibyśmy mieszkać. Choć dla mnie troszkę za bardzo zbliżone do Polski.

niedziela, 19 października 2014

Ryga

We wtorek ruszyliśmy na półgodzinny spacer na dworzec autobusowy. Wtedy odezwało się moje ciało. Kręgosłup bolał mnie strasznie, więc musiałam prosić Dave'a o pomoc Od tamtego czasu odzywały się różne moje kontuzje i nie chciały odpuścić aż do samego końca.
Kipsala, wyspa dyplomatów
Ryga dała mi w kość i niestety, pokazała coś, o czym nie miałam pojęcia, ale miałam nadzieję, że tego nie mam. Myślałam, że taki zapalony podróżnik jak ja nie będzie zważał na pogodę i cieszył się nowym miejscem bez względu na to, czy pada czy jest gorąco. Ale niestety, okazało się, że chyba jednak aż takim zagorzałym podróżnikiem nie jestem, bo w Rydze byłam nieszczęśliwa, zmierzła i rozdrażniona. Pierwszego dnia było słonecznie, więc zdążyłam się napatrzeć, ale już następnego rozpoczęła się seria deszczowych dni. Snuliśmy się od knajpy do knajpy, nie zrobiłam prawie żadnego zdjęcia a nastrój mi nie dopisywał. Dopiero wyspa zamieszkała przez dyplomatów, z domami moich marzeń (albo nowoczesne szeregowce, albo stare drewniane chaty)
i widokiem na stare miasto zdołało wywołać uśmiech i zachwyt na mojej twarzy.
 Trzeciego dnia pojechaliśmy nad morze, do Jurmali. Było zimno i deszczowo, ale i tak miło było przejść się po piasku i pohuśtać się na huśtawce. Po raz pierwszy miałam okazję odwiedzić miasteczko typowo turystyczne poza sezonem i muszę przyznać, że trochę to wszystko przerażające, takie miasto widmo.
Frici, pies Janisa i Lieny
Następnego dnia, już ostatniego w Rydze, były moje urodziny. Postanowiliśmy zrobić coś wyjątkowego i pojechać do miasteczka z zamkiem. Niestety, na miejscu okazało się, że jest brzydko i mokro, kolano odmawia mi posłuszeństwa i nie pozwala swobodnie chodzić po górach, a moje przemoczone trampki też nie umilały dnia. Poprosiłam zatem o powrót do Rygi i spacer po mieście. A wieczorem spotkaliśmy się z moimi znajomymi u których nocowaliśmy. Janis to chłopak, z którym poznałam się trzy lata temu we Francji, gdzie razem studiowaliśmy. Pomimo tego, że nie utrzymywaliśmy kontaktu, nie wahałam się przed napisaniem do niego. I gdy spotkaliśmy się, czułam się tak jakbyśmy się nigdy nie rozstali. Było strasznie sympatycznie, jego pies i dziewczyna zawładnęli moim sercem i chyba udało mi się przekonać Dave'a do spróbowania couch surfingu.
Ryga ma swój Palac Kultury i Nauki, który wcale nie przypomina ani tego w Warszawie, ani siedmiu innych w Moskwie. I w sumie ten budynek jest jedyną pozostałością po czasach socjalizmu, oczywiście pomijając stare budynki i tunele. Ale widać, że Ryga stara się zmieniać swój wizerunek. W centrum miasta są trzy galerie handlowe, jest zbudowana ogromna i nowoczesna biblioteka i wieża telewizyjna. I Ryga chyba najbardziej przypominała mi Polskę.

Tallin

Zbieram się i zbieram do napisania tej notki i nie umiem się zbierać. Mam tyle do opowiedzenia, ale jednocześnie wszystko wydaje mi się niewarte opowiedzenia. Mam mnóstwo przeżyć, ale jednocześnie wydaje mi się, że wcale ich nie mam. Ale może od początku.
Po ciężkim wspólnym poranku udało nam się dotrzeć na lotnisko. Ja chciałam być wcześniej tak w razie czego, ale z powodu zbyt wielu rzeczy, które trzeba było rano wykonać i zbyt małej ilości czasu, który na nie przeznaczyli nie zdążyliśmy na wcześniejszy pociąg. Okazało się, że oczywiście nie mieliśmy żadnych problemów, nawet był czas na hot dogi na śniadanie i obserwowanie Rosjan na lotnisku. Już w samolocie uświadomiłam sobie jak strasznie brakowało mi podróżowania oraz jakie to fajne podróżować ze swoim ukochanym. Lecieliśmy z Aeroflotem, największym rosyjskim przewoźnikiem, więc dodatkowo miło było siedzieć w dużym samolocie i mieć serwowane śniadanie (jakaż to odmiana dla Ryanaira i Wizzaira!). Cudnie było nie musieć przejmować się wizą i po prostu śmignąć sobie przez kontrolę paszportową. Lotnisko przepiękne, przytulne i zapraszające.
Dave na lotnisku w Tallinnie
Pierwszym szokiem po lądowaniu była cena biletu autobusowego do centrum: 1,50 Euro. Lotnisko jest tak blisko, że można przejść ten dystans w 40 minut. Pan kierowca mówi płynnym angielskim i nie ma problemu z odnalezieniem się. Na każdym rogu mapy, więc nie mieliśmy też problemów z odnalezieniem naszego hostelu. Znajdował się on na początku Starego Miasta, w przepięknej i spokojnej ulicy, a sam hostel był dość przytulny, choć jedno pomieszczenie z ubikacją i jedno z prysznicem to troszkę za mało. Trzy dni w Tallinnie spędziliśmy na chodzeniu.
Ulica naszego hostelu
Stare Miasto przeszliśmy wzdłuż i wszerz, na wzgórzu zamkowym byliśmy kilkakrotnie, wspięliśmy na szczyt wieży kościelnej skąd rozpościerał się widok na miasto, doszliśmy do portu i nawet znalazł się czas na zakupy. Niestety, ktoś w hostelu wyjął mi część pieniędzy z portfela kiedy brałam prysznic, ale staraliśmy się nie psuć sobie wakacji i szybko o tym zapomnieliśmy, umawiając się wpierw, że rezygnujemy z restauracji.
Tallin okazał się przepiękny, piękniejszy niż się spodziewałam. Był dla mnie cudowną odskocznią od gwaru i pośpiechu Moskwy. Pozwolił mi się wyciszyć i wypocząć. Jest idealnym miejscem na weekendowy wypad. Szukaliśmy podobieństw do Moskwy i ciężko było coś znaleźć. Tam nawet nie było ulotkowiczów! Myślę, że podobieństwa do Polski by się znalazły, m.in. pozbywanie się wszystkiego, co kojarzy się z komunizmem, nie ma już żadnych symbolów i żadnych nazwisk, o które w Moskwie potykam się na każdym kroku. I smutne, że choć nasz kraj jest wolny troszkę dłużej, Estonia wydaje się być krajem o wiele bardziej rozwiniętym. Ale może to tylko moje opinia?


środa, 15 października 2014

wróciłam

Wróciłam. Wróciliśmy. Było pięknie, intensywnie, malowniczo. Myślę, że ten wyjazd zasługuje na osobną notkę, która pojawi się jak tylko będę miała więcej czasu, teraz po powrocie mam mnóstwo obowiązków. Zdecydowanie zbliżył nas ten wyjazd z Dave'm. Cały mój niepokój i niepewność okazały się niepotrzebne, bo my się naprawdę świetnie dogadujemy, poza porankami, kiedy mamy zupełnie inne rytmy, a ja zachowuję się jak kontrolujący freak. Myślę, że jeszcze wiele pracy przed nami, ale najważniejsze, że nam się chce zmieniać.

środa, 1 października 2014

przedwyjazdowo

W sobotę ruszam na jedno z moich podróżniczych marzeń. 3 dni w Tallinie, 4 dni w Rydze i 3 dni w Wilnie. Zabieram ze sobą Davida. No i pojawia się problem. Zamiast cieszyć się niesamowicie, martwię się. Martwię się, że będzie miał mnie dość o tych 10 dniach, martwię się, że samej byłoby mi lepiej. Poszłam na kompromis i zrezygnowałam z mojej najukochańszej formy podróżowania, jaką jest couch surfing i zgodziłam się na spanie w hostelach. Nie jestem fanką hosteli, szczególnie będąc z kimś w parze. Dave zna te wszystkie miejsca bardzo dobrze, więc będę miała ze sobą dobrego przewodnika, ale napewno nie będzie wszystkiego przeżywał tak jak ja i boję się, że będę go irytować będąc w nieustannym zachwycie. Z drugiej strony wiem, że ta podróż będzie swoistą próbą naszego związku, albo się znienawidzimy albo zakochamy się w sobie jeszcze bardziej. Ale nie chcę się o tym myśleć, chcę być sam na sam z miejscami, moim aparatem, Łotyszkami, Estończykami i Litwinami. On może być albo idealnym dodatkiem, albo irytującym problemem.

poniedziałek, 22 września 2014

nie jest dobrze

Zaczyna mi juz byc zle w Moskwie. Poprosilam o przeprowadzke w inne miejsce, bo meczy mnie juz podrozowanie do domu autobusem, podczas gdy wszyscy mieszkaja blisko metra. Zaczynaja mnie juz spojrzenia napalonych robotnikow spoza Rosji i faceci, ktorzy na mnie trabia, kiedy wracam z biegania. Nie ma opcji wyskoczenia na chwilke do domu, sama podroz metra to godzina w dwie strony plus godzina na autobus i spacer. Wkurza mnie to chamstwo w metrze, kiedy wszyscy wpychaja sie do wagonu, choc ludzie jeszcze nie wysli. Wkurza mnie wciskanie sie do autobusu. Moze nabiore nowej energii jak sie przeprowadze. Ale musze przyznac, ze przeraza mnie mysl o zimie. Boje sie strasznie tego zimna, boje sie tej ponurej pogody i zwalow sniegu. Na szczescie Dave uwielbia zime, wiec po cichu licze, ze mnie zarazi.

środa, 17 września 2014

upodabnianie się

Im dłużej mieszkam poza domem, tym bardziej zauważam, jak upodabniam się do mojego taty. Nie mówię niestety o tych dobrych rzeczach, ale o tych malutkich pierdółkach, które tak strasznie mnie irytowały, kiedy mieszkałam w domu. Nie mogę się z tym pogodzić. Jak z tym walczyć?

wtorek, 16 września 2014

noc

Środek nocy. Kolejnej nocy. Jestem zmęczona, ale nie umiem spać, tysiąc myśli pałęta mi się po głowie. Stres związany z załatwianiem wszystkich dokumentów potrzebnych do Brazylii. Stres związany z przeprowadzką do Brazylii. Stres spowodowany jutrzejszymi lekcjami. Próba zmotywowania się do wstania rano i pójściu pobiegać i odliczanie, ile godzin będę spała jeśli zasnę teraz. Zastanawianie się, czy mój związek z Dave'm ma sens i wkurzanie się, że nic nie napisał.
A to wszystko w noce, kiedy śpię sama. Dave wprowadza tyle spokoju w moje życie, że te wszystkie moje lęki i stresy jakoś zanikają.

piątek, 12 września 2014

bycie dziewczyną

Dziwne jest to, że rzeczy, które w moich poprzednich związkach urastały do rangi deal breaks, problemów tak dużych, że powodowały nieustające kłótnie, teraz akceptuję bez mrugnięcia okiem. Wcześniej byłam zazdrosną, kontrolującą suką, która musiała wiedzieć, gdzie jest jej facet, z kim rozmawiał i z kim się spotkał. Miałam pretensje, gdy mój chłopak nie odpisywał mi na wiadomości w ciągu kilku minut, nie dziękował mi za przygotowanie mu posiłków. Robiłam straszne awantury, kiedy coś było nie po mojemu. Byłam ciągle zła, rozczarowana, zmierzła. Nie wiem, w czym tkwi sekret, że teraz już taka nie jestem. Jestem w końcu dziewczyną, którą zawsze chciałam być.

poniedziałek, 8 września 2014

porównywanie

Mogę spełniać swoje marzenia, mogę mieć cudownego chłopaka, mogę robić to, co kocham, mogę mieć mnóstwo pięknych rzeczy, mogę czuć się spełniona, a i tak będę oglądała zdjęcia i czytała o życiu innych ludzi z zazdrością. Zawsze będę myślała, że inni mają lepiej. Zawsze będę oglądała zdjęcia innych par i była przekonana, że oni są lepiej dobrani niż ja i mój chłopak. Zawsze będę oglądała zdjęcia innych dziewczyn i zachwycała się ich figurą. Zawsze będę zazdrościła innym podróży.
Zawsze?

rusz się!

Coś się nie umiem ostatnio ruszyć. Po 5 tygodniach odpoczynku na obozie, po tygodniu spędzonym z Iwonką, gdzie chodziłam dość sporo (choć mniej niż planowałam), od tygodnia siedzę w domu. Planuję różne ciekawe spacery w weekendy, które nigdy się nie odbywają. Wkurza mnie to wyjątkowo, bo 1. obiecałam sobie, że nacieszę się Moskwą, z której przecież wyjeżdżam za niedługo, 2. pogoda jest teraz naprawdę ładna, myślę, że to ostatnie takie dni, 3. mam w końcu z kim chodzić. A do tego nie musiałam uczyć, dopiero jutro mam pierwszą lekcję i to tylko jedną. Więc jeśli znowu nie ogarnie mnie leń, od jutra biorę się za siebie. Wstaję rano, zdrowe śniadanko i kawa i ruszam. Nie wiem gdzie, ale ufam, że aparat wskaże mi kierunek.

piątek, 5 września 2014

Brazylia

Stało się. Dostałam pracę w Brazylii. Teraz czeka mnie trudna decyzja, czy pracę zaakceptować czy nie. Martwię się o mój związek, z jednej strony jestem z Davidem na tyle krótko, że chyba nie warto zmieniać swoich planów dla tak świeżego związku, ale z drugiej strony chciałabym zobaczyć jakby nam było jeszcze przez trochę czasu. Na pewno będzie mi przykro opuszczać Moskwę i rosyjskich uczniów, naprawdę dobrze mi się tu uczy. Proces wizowy jest problematyczny, czekają mnie wizyty w DHL i zawracanie mojej Mamie głowy tak jakby już nie miała jej wystarczająco zawróconej. Ale boję się odrzucić tą ofertę, bo taka sama może się już nie powtórzyć. Myślę, że czeka mnie weekend pełen przemyśleń. A to może być mój codzienny widok przez 11 miesięcy:

środa, 3 września 2014

nie boisz się?

'Nie boisz się?'. Słyszałam to pytanie tak wiele razy w moim życiu, że przestałam liczyć. Nie boisz się podróżować sama? Nie boisz się zapraszać obcych ludzi do siebie? Nie boisz się spać u obcych ludzi? Nie boisz się wyjazdu do Moskwy? Nie boisz się wyjazdu do Brazylii/Meksyku? (moje ostatnie nowości) Nie boisz się mieszkać w tej okolicy? Nie boisz się jeździć metrem z otwartą torebką? Nie boisz się....? Odpowiedź jest zawsze taka sama 'Nie'. Tylko że ona nie jest zgodna z prawdą. Oczywiście, że się boję. Ale udało mi się ten strach zepchnąć w podświadomość, nie myśleć o nim, nie zamartwiać się. Wierzę głęboko, że gdy nie myśli się o negatywnych rzeczach, one nie przyjdą. Może to głupie, ale dotychczas działa. Uśmiech i zdrowy rozsądek też pomagają.

wtorek, 2 września 2014

Monastery

Drugi dzień z rzędu odwiedziłam rosyjski klasztor. W niedzielę było dużo zamieszania, nowi klerycy, popowie, więc choć było pięknie, nie było jakiś głębszych wrażeń. Było napewno ciekawie, stroje i brody popów, mundurki dziewczynek z ich szkoły, a także ich śpiewy.  Wnętrze kościoła mnie zachwyciło, ale nie było chwili ani miejsca na refleksję. Po powrocie do Moskwy, odwiedziłam inny zakon. Tym razem wyszłam uduchowiona, wyciszona i zachwycona. Obserwowałam z otwartymi ustami ludzi całujących ikony i krzyże, przeżegnujących się w ciekawy sposób, modlących się pod nosem. Podoba mi się jak surowa jest ta religia, że nie wolno być nieodpowiedni ubranym, a kobiety muszą nosić chusty, podoba mi się nakaz noszenia brody u popów wyższej rangi i wszystkie zasady, które muszą przestrzegać. Piękne doświadczenie.








poniedziałek, 1 września 2014

miłość własna a miłość innych

Doszłam już do takiego etapu w swoim życiu, że wiem i akceptuję, że nie wszyscy będą mnie lubić, że nie uda mi się wszystkich zadowolić. I wolę być kontrowersyjną osobą, niż być lubiana przez wszystkich, ale nie mieć wyrazistej osobowości. Choć jestem dumna z osiągnięcia tego poziomu samoświadomości, nie zawsze jestem w stanie poradzić sobie z niechęcią wobec siebie. Jako typowa, wzorcowa ekstrowertyczka, potrzebuję akceptacji innych do uzyskania samoakceptacji. Kiedy jestem otoczona ludźmi, którzy mnie nie lubią, przestaję wierzyć w siebie, popadam w depresję i przestaję się uśmiechać. Dopiero spotkanie z osobami, które mnie lubią przywraca mi uśmiech.