niedziela, 5 lipca 2015

Belo Horizonte

Troszke spozniona, ale dopiero teraz udalo mi sie dorwac laptop.
Belo Horizonte bylo niejscem, do ktorego nie planowalam pojechac podczas pierwszych zamyslow. Dodalam je do trasy tylko dlatego, ze potrzebowalam posrednika pomiedzy Salwadorem a Rio (oczywiscie zapomnialam sprawdzic, ze pomiedzy Salwadorem a BH jest 1400km, czyli i tak musialam leciec, wiec moglam rownie dobrze je ominac). Cale szczescie o fakcie, ze dystans jest tak wielki dowiedzialam sie juz po przyjezdze do Salwdorze, bo inaczej ominelabym to miasto i stracilabym naprawde wiele.
Ouro Preto
Samo miaste nie jest turystyczne. Jest bardzo europiejskie, bardzo zielone, autobusy sa dobrze zorganizowane, nowoczesne, zrozumiale. Czulam sie tam momentami naprawde bezpiecznie i nie musialam prosic ludzi o pomoc w autobusie. Lotnisko tez zrobilo na mnie wrazenie, mysle, ze zostalo zbudowane na Mistrzostwa i zrobiono to nowoczesnie. Zaskoczyla mnie ilosc parkow i drzew, naprawde mozna tam bylo wypoczac, choc przeciez nie ma dostepu do oceanu.
Ale to, co mi najbardziej przypadlo do gustu do Ouro Preto, malenskie miasteczko gornicze z kolonialnymi budynkami. Strome brukowane uliczki, kolorowe budynki i mnostwo kosciolow dodaja duzo uroku.

Innym ciekawym miejscem bylo Inhotim, ogromne otwarte muzeum. To tak naprawde park z
kajedoskop w Inhotim
wieloma galeriami, w ktorych znajduje sie sztuka nowoczesna.
Moim ulubionym pokojem byl pokoj z hamakami, gdzie na scianie pokazywane byly slajdy z Jimi Hendriksem wykonane przy pomocy zdjec i ... kokainy, a z glosnikow wydobywala sie jego muzyka. Piekne miejsce, ciche, spokojne i bardzo inspirujace.
 
Juz blizej BH znajduje sie Pampulha z kosciolem najslynniejszego architekta Brazylii, Oscara Niemeyera. A takze jezioro z trasami rowerowymi i mnostwem zieleni. Kolejna oaza spokoju.

Mieszkalam tam w duzym mieszkaniu zamieszkalym przez 4 ludzi. Kazdy z nich ma odpowiedzialna prace: dla rzadu, banku czy wlasnego ojca, ktory prowadzi swoje restauracje. Ja mialam okazje poznac ich w sobote podczas imprezy przez nich organizowanej. Wszyscy pili ile popadnie, calowali kogo popadnie (czasem po kilka osob jednego wieczoru). Impreza skonczyla sie o polnocy, przeniesli sie do knajpy, a nastepnie do domu, gdzie przesiadywali w kuchni do 5 rano, a obudzili sie o 8 probujac sobie przypomniec, co sie dzialo noc wczesniej i kto calowal kogo.
chlopaki graja na balkonie po calonocnej imprezie
Ja nie bawilam sie tak dobrze, bo wszyscy mowili tylko po portugalsku, a zespol gral hity muzyki brazylijskiej, ktorych ja niestety nie znam i nie moglam spiewac z innymi. Bylam strasznie nieszczesliwa rano, bo naprawde potrzebowalam snu, ale jako ze ta wycieczka miala byc proba przelamania sie i robienia rzeczy, ktorych nie robie na codzien, nie zaluje niczego.

6 komentarzy: